Wczoraj
mieliśmy kilka godzin na zwiedzannie Berlina. Pobudka o 6.00, śniadanie i
ruszamy metrem na podbój stolicy naszych odwiecznych przyjaciół ;-) Zaledwie
100 km od granicy zaczyna się inny świat...
Old-schoolowa klatka schodowa w naszym hotelu. Wszystkie noclegi rezerwowaliśmy przez booking.com. W Berlinie trafiliśmy bardzo dobrze. Spaliśmy w hotelu Aster an der Messe. Nocleg kosztował 50 euro/noc. Standard całkiem, całkiem - czysto, pokoje bardzo duże, z "kamienicowymi", wysokimi sufitami. Jedynym wyzwaniem była obsługa, która nie do końca radziła sobie z językiem "powszechnym". Okazało się jednak, że prawie wszyscy hotelowi służbiści to nasi sąsiedzi zza wschodniej granicy:) Skończyło się więc na tym, że my mowiliśmy po polsku, oni po rosyjsku i każdy wiedział, o co chodzi:)
Paweł zajada hotelowe sniadanie. Ostatnia paróweczka tym razem nie zdolała umknąć przed czujnym okiem Pana G. A swoja drogą - śniadanie hotelowe całkiem dobre, choć mało urozmaicone. Ot, hotelowy standard - pieczywo, sery, parówy...
Na zwiedzanie Berlina wybraliśmy się metrem. Jak widać na załaczonym obrazku, jednorazowy bilet na metro (dowolna ilośc przesiadek, w jedna stronę) kosztuje 2,30 Euro. W Berlinie kursuja 4 linie metra (tzw. U-Bahn), świetnie oznaczone. Nie sposób zgubić się nawet w czasie remontu głównej trasy:) Wyczytaliśmy w przewodniku, że technicznie możliwe jest jeżdżenie metrem na gapę - bilety kasuje się na peronie, nie ma żadnych bramek...to się nazywa zaufanie do obywatela;-)
"Checkpoint Charlie" przy Fredrichstrasse. Tu zaczynała się kiedyś strefa amerykańska. Teraz jest budka, worki z piaskiem i flaga amerykańska. Wymarzone miejsce do robienia zdjęc;-P Obok jest muzeum opisujące historię muru berlińskiego i mnóstwo sklepów z pamiątkami.
Paweł obok dawnego słupu granicznego. Keine Grenzen, jak śpiewał poeta ;-P
Muzeum Trabanta - "Trabi World". Jeden z nieodżałowanych, nieodwiedzonych punktów naszej krótkiej berlińskiej eskapady. Next time... Nie wiemy, jak jest w środku, ale na pewno polecamy!
A teraz poważniej. "Topography of terror", czyli ściana poświęcona historii Holocaustu w Niemczech.
"Pomnik Pomordowanych Żydów Europy" niedaleko Bramy Brandeburskiej. Pomnik tworzy kilka tysięcy betonowych bloków różnej wielkości. Wśród blokow można specerować. W środkowej części bloki stają się coraz większe, niemal zasłaniają otoczenie pomnika. Robi wrażenie!
Reichstag
Reichstag jest oczywiście wymarzonym miejscem do urządzenia sobie grilla;-) Dlatego władze Berlina zakazały tego występnego czynu!
"Wygupy" pod Bramą Brandenburską. Pod Bramą można wszystko... zrobić sobie zdjęcie z misiem, kupić futrzaną papachę i zrobić zakupy w pobliskich butikach...
Paweł pozuje... a w tle Berliner Dom.
Berlińskie hot dogi (znaczy: bratwursty) - podobno bardzo dobre ;-)
A takie ładne rzeźby mozna zobaczyć w okolicach Pergamonu. Na samo muzeum nie mieliśmy czasu, ale dla takich jak my wystawili parę sztuk na zachętę na zewnątrz.
Stylowe wnętrza berlińskiego metra.
Rozkosz za 3 euro: jeżeli ktoś Wam wmawia, że w Berlinie dostaniecie najlepszego kebaba - ma rację! Do tego turecka obsługa w języku polskim, niemieckim i angielskim (w jednym zdaniu!) i pewnie jeszcze wielu innych na życzenie klienta.
Najdłuższa prosta droga, jaką do tej pory widzieliśmy - 482 km. Przez całe Niemcy przejechaliśmy bezpłatną, trzypasmową autostradą... ech... sprzęgło wcisnęliśmy po raz pierwszy dopiero na belgijskich światłach ;-) Jedną z naszych zagwozdek było to, czy w Niemczech trzeba mieć włączone w dzień światła mijania. Może wiecie? ;-) Tak z połowa samochodów nie miała:)
Ach te promocje na autostradzie... żyć nie umierać! Za skorzystanie z toalety - zniżka na kawę
Pod wrażeniem zawrotnych prędkości...
Widok dnia - zachód słońca nad przydrożną hurtownią...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz